Archiwum
| Zamiast karpi złoty karaś. |
|
|
| Wpisany przez Krawczyk Bernard |
| wtorek, 29 czerwca 2010 00:00 |
|
Zamiast karpi złoty karaś.
Właśnie wróciliśmy z kolejnej zasiadki karpiowej na jednym z naszych zbiorników. Zaplanowaliśmy krótkie zapoznanie się z łowiskiem trwające dwie nocki i dzień. Po dojechaniu na miejsce szybko przystąpiliśmy do rozkładania zestawów i szykowania sprzętu. Pogoda była zmienna,. Wiał silny wiatr, co uniemożliwiało precyzyjne położenie zestawów. Szybko zapadający zmrok dodatkowo utrudniał prawidłowe zapoznanie się z dnem. Ostatni zestaw wylądował w miejscówce już prawie na ciemno. Teraz nadeszła chwila na ustawienie namiotu i odpoczynek. Niestety nie dane było nam rozkoszować się tą chwilą. Stado wygłodniałych komarów nie dawało za wygraną. Przenieśliśmy kuchnię do namiotu i za zamkniętą moskitierą można było spokojnie leżeć w oczekiwaniu na branie. Ku naszemu zdziwieniu noc upłynęła spokojnie. Kilka przejść po plecionkach i nic więcej. Zbudziłem się około czwartej rano. Wygramoliłem się z namiotu i spoglądałem na wodę i wschód słońca.
W pewnym momencie ujrzałem rozchodząca się falę wody. Podeszłemu bliżej i ujrzałem zwierzaka płynącego jak rakieta. Próbowałem się przyjrzeć bliżej, ale jak tylko zwierzak mnie dojrzał dał głośnego nura chlapiąc wielkim ogonem. Teraz wiedziałem ze to nasz kolega bóbr zaszedł sobie zobaczyć, co u nas słychać. Zdziwiłem się tylko pluskiem, który wytworzył do złudzenia przypomina spław dużego karpia. Przypomniało mi się kilka wcześniejszych zasiadek na tym zbiorniku, kiedy to właśnie nad ranem słyszałem głośny plusk. Miałem przeczucie, że to jakiś duży karp chlapie się radośnie, ale teraz to raczej stawiam na bobra.
Słonce wschodziło coraz wyżej. Powoli woda nabierała życia. Wygłodniale okonie rzuciły się na śniadanie. Szczupak tez podpływał coś przekąsić. Wróciłem zobaczyć, co się dzieje na naszych wędkach i zaparzyć dla nas poranną kawę.
Wypijając ostatni łyk kawy ustaliliśmy, że kilka zestawów przełożymy na nowo. Zwinęliśmy wędki i po ponownym uzbrojeniu zasiadłem do pontonu, aby wyruszyć na drugi brzeg. W chwili, kiedy byłem około trzydzieści metrów od brzegu usłyszałem ulubiony gwizd sygnalizatora. Jest branie ryba z impetem wybiera plecionkę z kołowrotka. Harnaś rzuca się szybko do wędki i zacina. Przez chwile widzę jak zwija plecionkę, ale za chwile odkłada kija i macha bym dalej wywoził zestaw. Ryba się spięła pomyślałem. Ułożyłem zestaw i wracam do stanowiska. Harnaś stoi z wędką, na której brakuje wszystkiego. Nie ma ciężarka, przyponu, back leada a nawet strzałówki. Jesteśmy w szoku okazało się, że ryba przetarła plecionkę na kamieniach i małżach. Nie ma czasu na rozpaczanie po prostu trzeba cały zestaw na znowu zmontować i wywieź z powrotem w miejscówkę. Harnaś wypływa i sprawdza miejsce, w którym miał położony zestaw. Brak kulek potwierdza, że ryba podjadła troszkę. Ponownie w tym miejscu układa zestaw i przykrywa go punktowo mieszanką drobin kulek i peletu. Ja zwijam drugi zestaw, co, do którego miałem wątpliwości czy poprzedniego dnia ułożyłem go prawidłowo. Moje przeczucie się potwierdziło na zestaw był splątany. Wymieniam go na nowy sztywny przypon i czekam, kiedy pojawi się kolega z pontonem. Wywiozłem zestaw i w drodze powrotnej widzę jak moja plecionka podbija się na wodzie a kołowrotek oddaje z trudem plecionkę krzyczę do harnasia tnij to branie. Tak wiedziałem ze to branie, bo zestaw miałem wywieziony na granicy zaczepów i celowo dokręciłem hamulec kołowrotka. Widzę jak kij ugiął się po zacięciu i ryba silnymi uderzeniami głowy próbuje pozbyć się haka. Harnaś Zbiera luz, bo ryba ruszyła w stronę naszego brzegu. Podpłynąłem szybko pontonem i wzywam harnasia do pontonu, ale w tym samym momencie widzę jak kij oddał luz ryba się spięła. Szkoda to juz druga strata. W niespełna godzinę. Pewne jest jedno miejscówki dobre. Wiatr się wzmaga i z każdą chwilą wywózka staje się trudniejsza. Montuję zestaw na nowo i wyruszam pod drugi brzeg. Ścieżko jest dokładnie położyć zestaw, kiedy pontonem szaleje. Proszę o chwilę spokoju i o dziwo wiatr ustaje. Szybko napinamy plecionkę, która od wiatru ułożyła się szerokim łukiem. Szybka poprawka miejsca. Podpływam i delikatnie opuszczam zestaw. Kiedy już leży na dnie lekko przeciągam go i wyciągam upewniając się czy nie ma możliwości złapać jakieś zielska, hak jest czysty, więc ponownie opuszczam go na dno. Przygotowana wcześniej mieszanką peletu i kulek pokruszonych w palcach przysypuje zestaw. Nie używam żadnego back leada bo mam świadomość, że niedaleko jest pas zielska i plecionka i tak się nie przetopi. Wracam na brzeg i ustawiam na nowo hamulec kołowrotka. Jest juz ciepło wiatr zaczyna wiać dość solidnie. Leżąc na krzesełkach obserwujemy przyrodę. W samo południe na jednym z zestawie od harnasia swinger opada w dziwny sposób. Szybko podbiega i przycina. Nic pusto. Nie wiadomo, co to było. Może jakiś leszczyk próbował połknąć kulkę. Teraz trzeba znowu wypłynąć i położyć zestaw. Harnaś decyduje się na położenie tego zestawu tez pod drugi brzeg, bo podczas pływania widział kilka ciekawych miejsc. Całe szczęście ze druga strona brzegi jest wolna od wiatru zasłonięta drzewami i łatwiej jest teraz położyć zestaw. Kiedy Harnaś wraca do brzegu ja ustawiam mu plecionkę i swingera. Czas przygotować coś do zjedzenia. Szef kuchni poleca mieszankę płynną z ryżem. W chwili, kiedy zupka się gotuje jest czas na relaks z FAXEm . Naglę centralka sygnalizuje branie szybko zrywam się z fotela i patrzę na wędki. Harnaś krzyczy niebieska!. Faktycznie swinger leci w dół. Szybko zacinam przez chwilę czuje opór stawiany przez rybę i znowu luz. Co jest do diabła?! To juz lekka przesada. Kolejne branie i ryba się spina. Jakieś fatum czy jak? Zwijam zestaw i szykuję nowy przypon. Tym razem zakładam łamańca. Może z tym będzie lepiej. Powoli zapada zmrok. I tym razem noc należała do spokojnych. Jedynie od czasu do czasu było widać przejścia po plecionce.
Wstajemy rano dnia następnego i zaczynamy się powoli pakować kiedy na jednej z wędek Harnasia swinger leci w dół. Szybkie zacięcie i jest ryba ale chyba niewielka patrząc jak wędka pracuje. Hol trwał dość szybko i na brzegu pojawiła się ciekawostka. Ni to leszcz ni to karp. Dopiero dokładnie po sprawdzeniu okazuje się że złapaliśmy Karasia Złocistego! Mierzył niecałe
Śmiejemy się do siebie że takiej ryby się nie spodziewaliśmy. Ale jak było widać ryba próbowała połknąć kulkę 22mm. Wilczy apetyt. Namiot złożony zostały tylko dwie wędki. Nagle na jednej z moich słyszę sygnalizator. Lecę z pośpiechem i zacinam. Czuję znowu dużą rybę. Pamiętając ostatni zaczep, kładę wędkę na podpórkę i lecę do pontonu. Biorę podbierak, wędkę i płynę. Z daleka krzyczę do Harnasia że miałem branie i płynę po rybę. Powoli podpływam wybierając luz z plecionki co jakiś czas sprawdzając czy mam kontakt z rybą. Skubana sztuka gdzieś zaparkował i teraz czeka na rozwój sytuacji. Podpływam już na miejsce. Widzę kilka większych roślin oplecionych o plecionkę. Wybieram wszystkie i podpływam bliżej, łapie za stzrałówkę sprawdzam czy mam kontakt z rybą. Ale ku mojemu zaskoczeniu żyłka stawia znaczny opór jakby była zakleszczona. Wciąż wyczuwam jak ryba próbuje się uwolnić z haka szarpiąc łbem. Ale strzałówka ani drgnie w kierunku moim ani ryby. Niech to szlak! Znowu twardy zaczep! Jakiś konar albo co? Próbuję uwolnić żyłkę ale na darmo. Zaczep jest zbyt mocny i zrywam po kilku chwilach strzałówkę. Jeszcze w pontonie przyglądam się jak wygląda i widzę w kilku miejscach nacięcia. Ryba stracona. Mam nadzieje że bezpieczny klips uwolnił ciężarek a ryba z hakiem sobie poradzi. Wracam do brzegu z niesmakiem. Szkoda że nie udało się jej wyholować. Pakujemy resztę rzeczy i wracamy do domu. Następną zasiadkę zaplanuję tam powrotem ale tym razem zobaczę co leży na dnie w którym straciłem dwie ryby i spróbuję ponownie z pominięciem twardych zaczepów.
|
| Poprawiony: wtorek, 29 czerwca 2010 15:33 |










